Wbrew nazwie, Stowarzyszenie zrzesza nie tylko ludzi żyjących z nowym sercem, ale i tych z innymi narządami (choć „sercowcy” stanowią blisko trzy czwarte jego członków). Powstało w 1987 roku i dziś liczy około 600 osób. – Zachęcamy do współpracy wszystkich, bo poruszamy tematy związane i z profilaktyką chorób serca: jak żyć, by nie dopuścić do stanu, w którym człowiek potrzebuje przeszczepienia. Opiniowaliśmy dla ustawodawcy sprawy związane z określeniem listy chorób, którymi zagrożone są osoby po transplantacjach, a także z dostępnością leków, jakich te osoby potrzebują – powiedział Radiu Podlasie Jarosław Cyrynger, prezes Stowarzyszenia.
Ludzie po przeszczepach muszą do końca życia zażywać środki zapobiegające odrzuceniu nowego organu. Obniżają one naturalną odporność organizmu, co naraża ich na różnego rodzaju infekcje.
– Są tacy, którzy po przeszczepieniu wracają do normalnego życia: pracują, zarabiają na siebie, są aktywni społecznie. Ale niektórzy wycofują się, w obawie przed powikłaniami zamykają się w domach, przechodzą na renty. Chcielibyśmy, żeby tych pierwszych było jak najwięcej. Dlatego zależy nam na stabilności opieki potransplantacyjnej i związanego z nią rynku leków – dodaje Jarosław Cyrynger.
A jak ocenia stan polskiej transplantologii? – Akceptacja społeczna już jest duża, bo i Kościół, i politycy, i lekarze, i organizacje społeczne mówią, że jest to dobry sposób leczenia. Wyszkolono też znaczną liczbę lekarzy-koordynatorów, którzy potrafią zdiagnozować śmierć mózgową, zakwalifikować organ do pobrania i utrzymać odpowiedni stan dawcy do przybycia ekipy transplantacyjnej. Są też w szpitalach psychologowie, którzy mają rozmawiać z rodzinami dawców. Przeszczepów mogłoby być jednak więcej, bo w wielu ośrodkach, szczególnie mniejszych, lekarze wciąż obawiają się podjąć taką decyzję – uważa prezes Stowarzyszenia.

AB/Siedlce/DJ





























Paźdzernik 2026
