- Początki nie były wcale trudne, bo nie mieliśmy konkurencji tak dużej jak dziś. Otworzyłam restaurację zaraz po ukończeniu szkoły gastronomicznej i zaczynałam z gronem szkolnych przyjaciół: kolegą i koleżanką z klasy, młodszą siostrą i jej chłopakiem. Dużo osób mi pomagało, wszystko było bardzo spontaniczne. Spotkałam się z bardzo miłym przyjęciem. Kiedyś wystarczyło otworzyć restauracje, stworzyć odpowiedni nastrój, organizując taneczne piątki czy soboty i już to stanowiło atrakcję samą w sobie. Dzisiaj oczekiwania klientów są bardziej wyrafinowane.
- Teraz pytanie, które słyszeliście zapewne setki razy: skąd taka nazwa? Chyba nie z sympatii do średniowiecznego króla Fryderyka Rudobrodego?
- Oczywiście, że nie. To od przydomku „Barbarossa”, od Barbary i osy, jaki przylgnął kiedyś do mnie w gronie rodziny i przyjaciół. Zawsze byłam osobą silną, z charakterem, dążącą za swoimi marzeniami. Właśnie dzięki tej sile i determinacji w wieku 19 lat otworzyłam swoją firmę, a gdy miałam 20 lat - restaurację. Gdyby nie ta moja „osa”, czyli spryt i charakter, nie udałoby mi się przez 10 lat utrzymać na rynku.
- Prowadzenie lokalu gastronomicznego to bardzo trudny biznes, szczególnie dla kobiety. Dlaczego tak mało pań zajmuje managerskie stanowiska w tej branży?
- Branża restauracyjna wiąże się z pracą w soboty, niedziele i święta. Gdy inni spędzają czas z rodzinami, my ciężko pracujemy. Dla nas dniem wolnym jest poniedziałek, kiedy wszyscy inni wychodzą z domu do pracy. Dlatego kobietom, które mają rodziny, ciężko by było się poświęcić i nagle przedłożyć całe swoje życie dla pracujących sobót, niedziel i świąt. To główna przyczyna.
- W roku 2011 zdecydowaliście się na udział w programie TVN „Kuchenne rewolucje”. Naprawdę było tak źle, że mogła pomóc tylko Magda Gessler?
- Kiedy urodziłam dziecko, stanęłam przed koniecznością wyboru i nagle odpuściłam sobie marzenia, za którym zawsze podążałam, czyli moją „Barbarossę”. Poświęciłam się rodzinie. W konsekwencji zainteresowanie klientów restauracją bardzo szybko spadło. Gdy zdałam sobie z tego sprawę, nie wierzyłam, że kiedyś może być lepiej. Zaprosiłam Magdę właśnie dlatego, że przestałam wierzyć w siebie.
- Po programie przeszliście lifting. Czy był duży?
- Osobiste spotkania z Magdą poza kamerami otworzyły mi oczy na wiele spraw. To, że pomalowano ściany, naklejono tapety z różami czy użyto nowych obrusów, serwet i świeczników, było niczym w porównaniu z tym, do czego ja sama dojrzałam. Magda pomogła mi połączyć pracę z macierzyństwem, domem, szacunkiem do pracowników i do klienta. Największy lifting przeszłam ja - psychiczny - i to jest najważniejsze.
- Nie zmieniłaś nazwy restauracji, choć tak sugerowała M. Gesler, dlatego program zakończył się w lekko ostrym tonie. Ale później, o czym może niewiele osób wie, przyjechała oglądać program z Tobą.
- Magia telewizji ma swoją cenę. Prowadząc program, Magda musiała uwzględnić elementy show i życzenia dwóch reżyserów. Ale poza kamerami działo się znacznie więcej. Przez to, że nie zmieniłam nazwy, wiedziałem , jak to się skończy. Jednak, wbrew pozorom, nie było tak źle. Magda zakończyła program słowami: „rewolucja kuchenna się rozpoczęła”, a nie „się skończyła” i dodała, że teraz wszystko zależy od energicznej szefowej.
- Każda inna restauracja, która sprzeciwiała się zmianie nazwy, była bardzo ostro krytykowana.
- Tak. Magda doceniła fakt, iż nie poddałam się. Dlatego kiedy już poznaliśmy czas emisji, zadzwonił do mnie jej menadżer i powiedział, że przyjedzie obejrzeć z nami program. Chciała wiedzieć, czy nadal jestem ostra i wytrwała.
- Jednak na udziale w programie TVN nie skończyliście." Barbarossa” to też catering i własne bistro, ale i spotkania integracyjne, dancingi (oddzielnie dla pań, oddzielnie dla panów) czy kącik zabaw dla dzieci...
- Po programie wróciliśmy do wielu różnych spontanicznych imprez. Mamy na przykład cykl spotkań tylko dla pań, z gośćmi i konsultacjami na przeróżne „babskie” tematy. Co ciekawe, panowie, którzy zobaczyli, że spotykają się same kobiety, domagali się też czegoś dla siebie. Dlatego postanowiłam stworzyć czwartkowe „męskie gary” z możliwością picia piwa z butelki i specyficzne menu skomponowane z myślą o kubkach smakowych mężczyzn. A jeśli chodzi o kącik zabaw, to ukłon w stronę wszystkich mam. Sama jestem mamą i wiem, jak ciężko jest się rozstawać z dzieckiem, więc jeśli już mam wolną chwilę i chcę się z kimś spotkać, to najczęściej tutaj. Mój mały się bawi z dziećmi przyjaciółek, a my pijemy kawę i dyskutujemy o wszystkim. Dzięki temu mamy co najmniej godzinę tylko dla siebie.
- Jacy ludzie pracują na sukces „Barbarossy”?
- Na co dzień zatrudniam 17 osób, które starają się wykonywać swoją pracę najlepiej jak potrafią. Chciałabym też podziękować starym, wiernym klientom, bo są takie rodziny, które przychodzą do „Barbarossy” równo 10 lat. To niesamowite uczucie i radość dla mnie. Oni często dają mi rady, co jedli, czy było smaczne i czy czegoś brakowało. Dzięki takim osobom ta restauracja istnieje.
- W tym roku ruszacie z „Rose Cafe”. Skąd pomysł?
- Żeby nieco osłodzić nazwę „Barbarossy”. Chcemy, by klienci zrozumieli, że restauracja nie musi być miejscem, gdzie wolno wchodzić tylko w garniturze. Do „Rose Cafe” można przyjść niezależnie od wieku i poczuć klimatyczny wystrój, zapach świec oraz apetyczną woń jedzenia. Dodajemy też nowe menu: włoska pizza na cieniutkim cieście z oryginalnymi włoskimi dodatkami, około 20 deserów, przepysznych kaw i bogata karta win. W „Rose Cafe” będzie też królował niedzielny open bar z bufetem szwedzkim. Płacisz tylko raz, a podchodzisz ile razy chcesz i bierzesz to, na co masz ochotę. Zasada jest jedna: talerz musi zostać pusty.
[Msz]











Kwiecień 2026
